W (p)oszukiwaniu mleka po laktacji

mleko krowieSpożywanie pełnego krowiego mleka przez dzieci po okresie karmienia piersią (przynajmniej 1-2 lat jak zaleca AAP / WHO) budzi wiele kontrowersji, a w niektórych środowiskach uważane jest wręcz za szkodliwe. Pomijając kwestie ideologiczne, warto zastanowić się nad zasadnością tak dużej niechęci do podawania dzieciom mleka krowiego.  Czy faktycznie należy je zastępować mlekiem roślinnym?

American Academy of Pediatrics rozwiewa wątpliwości. U dzieci powyżej pierwszego roku życia, które nie mają medycznych przeciwwskazań do spożywania mleka krowiego (alergia, wrodzone zaburzenia metaboliczne), nie ma wskazań do eliminacji mleka krowiego z jadłospisu.  Należy jednak zachować w tym umiar. Oczywiście najlepiej by w tym wieku wciąż proponować karmienie mlekiem matki, lecz biorąc pod uwagę statystyki (w Polsce po 12mż. piersią karmionych jest jedynie ok. 11% dzieci), ta kwestia jest niestety zagadnieniem marginalnym.

Aby zapewnić dostateczną podaż witaminy D3 i nie zaburzyć gospodarki żelazem zaleca się podawanie ok. 500ml mleka krowiego/ dobę. Dane dotyczą dzieci pomiędzy 2. a 5. rokiem życia.

Czy podawanie dzieciom mleka roślinnego może wpłynąć na ich rozwój fizyczny?

Ku zaskoczeniu przeciwników mleka krowiego, dzieci spożywające mleko roślinne (w analizie uwzględniono mleko sojowe, ryżowe i migdałowe), są niższe od tych, które otrzymują mleko krowie. Badania prowadzono na grupie dzieci miedzy 2. a 6. rokiem życia. W grupie 3-latków spożywających 3 szklanki mleka różnica wzrostu sięgała 1,5cm. Prawdopodobnie jest to związane z różną zawartością tłuszczu i białka w powyższych napojach. W szklance mleka krowiego jest około 8 gramów białka natomiast w mleku migdałowym tylko 2 gramy.

Choć jestem wielką orędowniczką karmienia piersią i to zgodnego z Evidence Based Medicine, czyli przynajmniej 1-2 lata, to mając powyższe dane prezentowane, nie stronię od podawania mleka krowiego i nie grzmię, gdy taki produkt pojawia się w diecie dziecka po 12 miesiącu życia.

Piśmiennictwo
1. The Relationship Between Cow’s Milk and Stores of Vitamin D and Iron in Early Childhood, Pediatrics
January 2013, VOLUME 131 / ISSUE 1, Jonathon L. Maguire,

2. Association between noncow milk beverage consumption and childhood height, Marie-Elssa Morency, June 7, 2017, Am J Clin Nutr

GADAJĄCA MAŁPA I KRECIK – DOMOWE BANDZIORY

domŻadna to wiedza tajemna, że najwięcej niebezpieczeństw czyha na dziecko w domu. W tym właśnie miejscu najczęściej dochodzi do wypadków i innych niebezpiecznych, możliwych do uniknięcia, zdarzeń. Istnieje przynajmniej kilka łatwo dostępnych przedmiotów codziennego użytku, które mogą okazać się zabójcze dla malucha. Wszystkie znajdują się zazwyczaj w zasięgu jego kończyn górnych.

W Izbie Przyjęć pewnego, nieistniejącym już niestety, szpitala spędziłam wiele upojnych godzin. Miałam wówczas okazję poznać powyższe niebezpieczeństwa od ostro dyżurowej strony i stanąć z nimi twarzą w twarz. To nie była równa walka.

Co ma w dupie gadająca małpa?
baterieOtóż owa małpa miała tam kilkuwoltowe baterie, które, choć zabezpieczone dzyndzelkiem, to jednak łatwo były dostępne dla małych paluszków kilkulatka. Małpa nagle przestała gadać, w jej tyłku powstała dziura, a trzymające w pośladkach małpy palce dziecko rzewnie płakało. Szczęśliwie rodzice połączyli te fakty i zorientowali się, że bateria spoczywa już w przewodzie pokarmowym ich pociechy. Taka bateria to tykająca bomba chemiczna. Gdy dostanie się do jamy ustnej, a potem zawita do żołądka, lub osadzi się jeszcze dalej, uwolni z siebie zawartość, która niemal “zżera” śluzówkę i “przegryza” ścianę przewodu pokarmowego. Jest to szybka droga do perforacji, krwotoku, zapalenia otrzewnej i innych stanów zagrażających życiu.

Jeśli podejrzewasz, że dziecko wpałaszowało  baterię, nie czekaj aż zrobi z nią kupę. Bez chwili zwłoki pędź do szpitala. Szybka ocena radiologiczna pozwoli zweryfikować Twoje przypuszczenia. Jeśli zostaną potwierdzone, to w trybie pilnym ciało obce zostanie usunięta (poprzez gastroskopię lub laparotomię – otwarcie powłok brzusznych).

Zabójczy alfabet
magnesyNic tak nie ułatwia życia jak fizyka… ona również sprawiła, że możemy w szybki sposób sprawić lodówce lifting i to lifting edukacyjny. Odkrywcze łapki dziecka szybko podchwycą kolorowe lodówkowe nalepki (litery, cyfry, kształty, zwierzątka…). Większość z nich trzyma się powierzchni dzięki małym, okrągłym, przylepionym na słowo honoru magnesom. Wystarczą dwa by doprowadzić do tragedii. Jeśli dziecko je połknie, przemierzają one przewód pokarmowy.  Gdy znajdą się w swoim pobliżu, lecz w innych lokalizacjach, ujawniają magnetyczne zdolności, spajają i doprowadzają do martwicy ściany jelita. Algorytm postępowania jest podobny jak w przypadku baterii– szybki bieg do szpitala i ocena czy dziecko faktycznie skonsumowało magnesy czy szczęśliwie wkopało je pod lodówkę.

Jeśli chcecie używać magnetycznych naklejek polecam te, które całe wykonane są z dużych kawałków tworzywa magnetycznego – żadne dziecko nie będzie w stanie tego połknąć.

Kolorowe kamyczki babci
lekiOczy dzieci kochają kolory, uwielbiają drobiazgi, które walają się po podłodze, brzęczą w koszyku, kolebią w słoiczku czy też szeleszczą w blisterze. Któż by się nie połasił, by skosztować okrągłej niebieskiej pigułki, czy też tabletki w kształcie serduszka. Nawet niejadek wsadzi je do paszczy. Niestety większość przypadków zatruć lekami odbywa się w obecności opiekunów, w chwili ich nieuwagi i bezmyślności. Choć to truizm, to wszystkie leki zawsze powinny znajdować się w miejscu całkowicie niedostępnym dla dzieci.  Dzieci są sprytne, w 3 sekundy potrafią otworzyć torebkę babci, w 5 sekund dostaną się do łazienkowej apteczki, a w 10 sekund rozpracują słoiczek ketonalu. Co robić gdy podejrzewamy, że maluch spożył nieprzeznaczony dla siebie lek? Należy zabrać opakowanie od leku i pędzić do lekarza. Szybki kontakt z Odziałem Toksykologii pozwoli oszacować ryzyko działań niepożądanych i konieczność ewentualnej hospitalizacji i rychłej interwencji.

Trujący sok jabłkowy
kretTo nie powinno było się wydarzyć, wręcz niemożliwe, że zaistniało. Dziecko wypiło odkamieniacz/ odrdzewiacz do rur. Mama uszkodziła oryginalną butelkę preparatu i przelała go do szklanej butelki po soku. Schowała do szafki. Sprytna, zadziorna, zwinna i łasa na owocowe smaki trzylatka, wiedząc, że soki mają sporo witamin, poczęstowała się zabójczym trunkiem. Zawarty w tym odkamieniaczu wodorotlenek sodu oparzył (chemicznie) jamę ustną i przełyk dziewczynki. Niestety na ratunek było zbyt późno…

W domu każdego z nas znajduje się mnóstwo niebezpiecznych dla dziecka substancji. Zarówno kostki do zmywarki, tabletki do prania, odplamiacze stanowią ławy cel dla spragnionych zabawy i nowości dzieci. Znów posłużę się truizmem. Wszystkie środki czystości, środki chemiczne, detergenty etc. powinny być zamknięte na 100 pancernych spustów, tak by nawet ich fragment nie był dostępny dla ciekawskich oczu dziecka.

Lista domowych niebezpieczeństw jest o wiele dłuższa. Na dodatek część z nich jest nie do przewidzenia. Rodzic nie ma więc wyjścia: musi mieć refleks szachisty, sokoli wzrok, intuicję Kasandry.. Posiadając wszystkie te zdolność  jednak i tak musimy się starać by zabezpieczyć dziecko przed wszystkimi pułapkami w jego otoczeniu.

 Oby nigdy to się nie wydarzyło.

 

SEN NOCY NIEMOWLETNIEJ

16651579_10155013039688252_823162809_oPo 11 miesiącach owocnej współpracy z Zośką stwierdzam, że okres niemowlęcy to istna magia, magia pod każdym względem. Nic nie jest wówczas jednoznaczne, nic nie jest pewnikiem i niewiele można przewidzieć. Ten czas to istna Magia.

Magicznie nieprzewidywalny jest również sen niemowlaka. Można o tym pisać rozprawy, tworzyć eseje, elaboraty i kroniki. Jest jednak wiele mitów i bajek krążących na temat snu niemowlęcia. Niektóre z nich, wdrażane w życie, bywają szkodliwe zarówno dla dziecka, jak i dla jego opiekunów.

1. Trening snu ratuje jakość życia rodziców.
Słyszałam to wielokrotnie i równie wiele razy się wówczas bulwersowałam. Wielu przechwala się, że te kilka dni “nauki” okazało się wybawieniem i odmieniło ich upiorne nocne życie z niemowlakiem, który perfidnie nie chce iść samodzielnie spać. Wielu doradza by zastosować porady Tracy Hogg, metody Ferbera czy innych “znawców” języka niemowląt. Wszyscy ci specjaliści od snu dzieci są miłośnikami behawioryzmu, który faktycznie prowadzi do określonego celu, ale ogromnym, emocjonalnym kosztem [1]. Jeśli rodzice są skłonni świadomie ponieść konsekwencje takiego treningu, to jest to ich indywidualna sprawa. Mam jednak wrażenie, że większość z nich nie wie jakie rezultaty może przynieść wybrana przez nich ścieżka do ramion Morfeusza. Większość trenerów snu zarzeka się, że ich metody nie są oparte na wypłakiwaniu, że nie ma tam elementu przemocy emocjonalnej nad dzieckiem. W mojej jednak (subiektywnej) opinii, pozostawienie w łóżeczku niemowlęcia, które w jakikolwiek sposób sygnalizuje, że potrzebuje do zaśnięcia bliskości, jest nienaturalne i oddalone od matczynego instynktu, zarówno przy obecności rodzica w pokoju, a tym bardziej przy opuszczaniu przez niego pomieszczenia, w którym próbuje zasnąć jego dziecko. Nawet jeśli maluch nie będzie płakał, a pojękiwał, wołał, to i tak daje on sygnały, że nie chce zasypiać sam, że ma naruszone poczucie bezpieczeństwa, którego nabierał przez miesiące spędzone w macicy, gdzie był kołysany, bujany i lulany pomrukiwaniem głosu matki. Nie jestem znawcą zachowań stadnych zwierząt, ale zdaje się, że człowiek jest jedynym ssakiem, który odważa się zostawić swoje potomstwo do samodzielnego zasypiania. Tak, wiem, że większość zwierząt tego nie robi, bo dba o bezpieczeństwo swoich dzieci. Człowiek, zazwyczaj nie obawia się pożarcia swojego potomstwa przez wilki, lwy czy inne drapieżniki, ale powinien zadbać o bezpieczeństwo emocjonalne swoich dzieci.

Czy trening snu pod postacią nieadekwatnej odpowiedzi na potrzeby dziecka jest szkodliwy?
Tak. Potwierdzają to badania naukowe – medyczne, a nie tylko psychologiczne. Okazuje się, że stosowanie metody wyczekiwania (w tym wypłakiwania, ang. “crying out”) w czasie „nauki snu” prowadzi do zwiększonego wydzielania kortyzolu u niemowląt. Stężenie tego hormonu, substancji uznawanej za wymiernik stresu, walki i sygnału do ucieczki, utrzymuje się nawet w tych dniach treningu, w których dziecko już nie sygnalizuje potrzeby bliskości (np. nie płacze). Oznacza to, że w pewnym sensie straciło nadzieję, że bliskie mu osoby odpowiedzą na wysyłane przez nie sygnały [2]. Jakie są długofalowe skutki ekspozycji na wysoki poziom kortyzolu? Otóż może to prowadzić do zwiększonego ryzyka rozwoju chorób układu sercowo-naczyniowego, chorób psychicznych (przede wszystkim depresji) oraz nieprawidłowym rozwojem emocjonalnym w przyszłości. A to tylko niewielka część wymiotnie słonego morza konsekwencji „treningu snu”.

Czy nadejdzie taki dzień, kiedy wykończona, w wymemłanej koszuli, z fryzurą topielicy, wyzbyta cierpliwości i bezwzględnie zdeterminowana zostawię Zośkę do samodzielnego zaśnięcia? Z pewnością nie. Dotychczas Nasza Córka jeszcze nigdy nie zasnęła samodzielnie. Prawdopodobnie jeszcze do tego nie dojrzała i wciąż potrzebuje dużego poczucia bliskości. Codziennie wraz z nami smacznie (z pewnością, bo wciąż jest karmiona piersią) śpi w ogromnym, wygodnym łóżku. Każde z nas ma tam swój zakątek, a jednocześnie mamy tam dla siebie mnóstwo bliskości. Bliskości wedle potrzeb.

2. Niemowlę powinno spać określoną liczbę godzin.
W medycynie nie ma nic czarno-białego, nic „zawsze” i nic „nigdy”. Nawet normy laboratoryjne mają swoje przedziały. Podobnie jest ze snem niemowlęcia. Nie ma ściśle określonych godzin, które dziecko w danym wieku powinno przesypiać. Owszem, można wyznaczyć optymalny czas takiego wypoczynku, ale i tak jest on jedynie statystycznym uśrednieniem czasu snu i czuwania dużej grupy dzieci. Nie warto więc oglądać się na innych, nie warto napalać się na kilkugodzinne drzemki niemowlaka, bo można się wówczas rozczarować. Sen, jego długość i głębokość jest sprawą indywidualną. [3]

3. Matka karmiąca piersią ma nikłe szanse na satysfakcjonujące wyspanie się.
Przyznam, że od 11 miesięcy nie spałam ciągiem dłużej niż 3h, a często jest tak, że maksymalny czas jednostajnego snu nie przekracza 30-60 minut. Mimo to, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, niemal codziennie czuję się wyspana. Przede wszystkim czuję się o wiele bardziej wyspana niż w pięknych, mnogo-dyżurowych czasach. Niesamowite, że tak przerywany sen może być efektywny. Prawdopodobnie nikogo nie zaskoczy fakt, że na potwierdzenie moich obserwacji również znalazłam badania. Okazuje się, że matki karmiące piersią nie cierpią z powodu deprywacji snu bardziej niż te, które wybrały inny sposób karmienia swoich dzieci [4, 5]. Dodam również, że jeśli ktoś myśli, że podanie dziecku kalorycznej kaszki lub pełnej mleka modyfikowanego butli spowoduje, że maluch prześpi całą noc, to się myli. Nie ma dowodów na to, że dziecko, które otrzyma dużą dawkę wysokoenergetycznego pokarmu przed snem lepiej spożytkuje nocny wypoczynek. Są natomiast dowody na to, że takie postępowanie “psuje” laktację.

4. Farmakoterapia na dobry sen niemowlęcia
Oto nowa moda. Moda na usypianie dzieci lekami. Wyłudzanie recept na hydroksyzynę w syropie, a w przypadku odmowy – gniew, wściekłość i trzaśnięcie drzwiami, a i skarga na złą, nieusłużną lekarkę też się trafia. Trzeba jasno powiedzieć żadna farmakologiczna metoda usypiania dziecka, a tym bardziej niemowlęcia, nie jest w pełni bezpieczna i nie powinna być stosowana u dzieci poza salą operacyjną. Jeśli znajdzie się osoba, która ma odmienne zdanie – zapraszam do dyskusji, ale uprzedzam, że w tym przypadku nawet nie postaram się o dyplomację i NVC (Nonviolent Communication).

Czy można jakoś wspomóc sen niemowlęcia?
Istnieje kilka bezpiecznych i, w niektórych przypadkach, pomocnych metod. W dużej mierze są to metody oparte na wyciszaniu i dawaniu dziecku bliskości. W większości nie ma wiarygodnych badań potwierdzających ich skuteczność, ale z pewnością nie są one szkodliwe.
Ograniczenie bodźców. Tzw. przebodźcowanie  może utrudniać zapadnięcie w sen i płynne przechodzenie w poszczególne jego fazy.  Stopniowe wyciszanie otoczenia, zmniejszenie intensywności światła i odgłosów dochodzących z otoczenia, ograniczenie telewizji oraz pstrokatych, świecących i grających zabawek mogą zredukować trudności związane ze snem. Warto wiedzieć, że ilość dopuszczalnych bodźców jest indywidualne, więc warto bacznie obserwować nawyki i ich konsekwencje u własnego dziecka.
Wieczorne rytuały. To czysta przyjemność zarówno dla rodziców, jak i dla malucha. Takie wieczorne BabySPA może nieść wiele radości. Zachęcam do wypróbowania relaksującego masażu i kąpieli. Snujcie także opowieści, bajajcie nawet od rzeczy,  rozmawiajcie z niemowlakiem; wszystko to w akompaniamencie łagodnej wyciszającej muzyki lub własnego śpiewu.
Przytulanie. To mój ulubiony sposób usypiania Zośki. Działa jak Magia. A magią jest chusta i Tula. Kilka chwil tulenia, bujania i Morfeusz przejmuje neurony dziecka. Istne Czary!

Co na temat zaburzeń snu niemowląt ma do powiedzenia medycyna? Choroby, nad którymi pochylam się u dziecka z trudnościami ze spaniem.
W większości przypadków niemowlęta, które nie umieją sprawnie udać się spać są okazami zdrowia i nie ma podstaw by doszukiwać się u nich problemów somatycznych. Istnieje jednak garstka dzieci, u których węszę i szukam jakiegoś chorobowego uzasadnienia sennych przypadłości. Jakie przypadłości biorę wówczas pod uwagę? W skrócie chodzi o wszystkie te zaburzenia, które mogą powodować fizyczny ból, a więc refluks żołądkowo-przełykowy, alergia na białko mleka krowiego, atopowe zapalenie skóry, owsica (choć to kazuistyka u niemowląt, szczególnie jedynaków poniżej 6.m.ż.), zapalenie ucha środkowego, kolka niemowlęca, dyschezja, zaburzenia SI, przegrzanie itd.. Lista jest o wiele dłuższa, ale rozwijam ją w swoich myślach indywidualnie dla każdego malucha, więc tu pozostawię pewien niedosyt.

Zachęcam do współspania, zachęcam do słuchania potrzeb niemowlęcia i odpowiadania na nie, nawet w odgłosach sprzeciwu otoczenia.

Dobrej nocy!

Piśmiennictwo:
1 Douglas PS, Hill PS., J Dev Behav Pediatr. 2013 Sep;34(7):497-507. Behavioral sleep interventions in the first six months of life do not improve outcomes for mothers or infants: a systematic review.
2. Middlemiss W, Granger DA, Goldberg WA, Nathans L., Early Hum Dev. 2012 Apr;88(4):227-32. Asynchrony of mother-infant hypothalamic-pituitary-adrenal axis activity following extinction of infant crying responses induced during the transition to sleep.
3. Galland, B.C., Taylor, B.J., Elder, D.E., & Herbison, P. Normal sleep patterns in infants and children: A systematic review of observational studies. Sleep Medicine Reviews. 2012, 16, 213–222.
4. Doan, T., Gay, C.L., Kennedy, H.P., Newman, J., & Lee, K.A Nighttime breastfeeding behavior is associated with more nocturnal sleep among first-time mothers at one month postpartum. Journal of Clinical Sleep Medicine, 2014, 10, 313–319.
5. Kendall-Tackett, K., Cong, Z., & Hale, T.W. The effect of feeding method on sleep duration, maternal well-being, and postpartum depression. Clinical Lactation, 2011, 2(2), 22–26.

TRZY SPOSOBY BY “NIECHCĄCY” ZEPSUĆ LAKTACJĘ I PRZEDWCZEŚNIE ODSTAWIĆ DZIECKO OD PIERSI

jak zepsuc laktacjeKarmienie piersią jest optymalną formą żywienia niemowląt. Nikt nie ma chyba wątpliwości, że natura, choć w wielu swoich projektach się pomyliła, to karmienie piersią zorganizowała całkiem dobrze. Towarzystwa naukowe (WHO, AAP, ESPGHAN) również nie mają żadnych zastrzeżeń, jednoznacznie zalecają wyłączne karmienie piersią do końca 6. miesiąca życia i kontynuowanie go w czasie i po rozszerzaniu diety. WHO zaleca by karmić piersią do 2. roku życia lub dłużej, o ile życzy sobie tego matka i/lub dziecko. W Polsce jedynie 17% niemowląt w wieku 9 miesięcy jest karmionych piersią, a w 12 mż. z dobrodziejstwa mleka mamy korzysta jedynie 11,9% maluchów (Dane GUS z 2013r.). Oczywiście w niektórych przypadkach matka nie ma możliwości by karmić swoje dziecko piersią, ale w większości laktacja ustaje poprzez zamierzone, lub nie, działania mamy i jej otoczenia.

Początki mlecznej przygody bywają trudne. Mam nawet wrażenie, że tylko dla nielicznych mleczna droga na starcie nie jest wyboista. Większość boryka się z jakimiś przeciwnościami, począwszy od nieprawidłowej techniki przystawiania malucha, przez  nawał pokarmu, zapalenia piersi, po dyrdymały opowiadane przez otoczenie (tutaj znajdziesz listę dyrdymałów). Jak już mleczna droga przestanie być kręta i staje się przyjemnością cześć laktoszczęśliwych mam zaczyna wydziwiać i szaleć.

Podanie mleka modyfikowanego
To jeden z częstszych grzechów wobec karmienia piersią, zwłaszcza nawczesnym etapie laktacji. Każda ilość podanego mleka modyfikowanego zmniejsza laktację. Dzieje się to w czysto ekonomicznym mechanizmie. Popyt generuje podaż, jeśli któreś karmienie zastąpimy lub “wzbogacimy” mlekiem modyfikowanym, to o taką samą ilość mleka ograniczymy laktację. Wiele kobiet obawiając się, że dziecko się nie najada (płacze przy karmieniu, wybudza się kilka razy w nocy, marudzi) podaje maluchowi mleko modyfikowane. Nie ma dnia bym w gabinecie nie usłyszała, że mama karmi mlekiem modyfikowanym, bo “niestety mam mało pokarmu maluch się nie najadał/najadała “. Robi to zarówno z własnej inicjatywy jak i wobec braku wsparcia z zewnątrz. W okresie stabilizacji laktacji część mam ma poczucie pustych piersi i odbiera to jako sygnał niedoboru pokarmu. Nic bardziej mylnego. W czasie stabilizacji laktacji piersi przestają być magazynem mleka, a przechodzą w tryb produkcji w odpowiedzi na potrzeby – dziecko ssie, mleko się pojawia.

Jako pediatra oraz jako mama, która przeszła (i dalej kroczy) przez wyboistą laktacyjną ścieżkę uważam, że podanie mleka modyfikowanego powinno być ograniczone tylko do ściśle określonych problemów zdrowotnych (matki lub dziecka) i zalecone przez Certyfikowanego Doradcę Laktacyjnego i/lub lekarza. Powszechna dostępność mieszanek mlecznych i ich zalecanie na wszelkie dolegliwości jest błędem i działa na szkodę niemowląt oraz ich mam.

Rozszerzanie diety przed końcem 6. miesiąca życia
Powtarzam jak mantrę, sobie, znajomym i pacjentom. Karmienie piersią jest najlepszym sposobem żywienia niemowlęcia. Zapewnia podaż wszystkich składników pokarmowych, zapewnia również podaż dodatkowych, “magicznych” substancji w tym: immunoglobulin, komórek macierzystych, czynników immunologicznie czynnych, probiotyków, hormonów. Choć bobas wsuwający marchewkę, brokuła, kalafiora, banana lub inne warzywo wygląda uroczo; choć umorusana w kaszce, buraczkach czy dyni buzia malucha cieszy duszę i serce, to niegotowy na takie dobrodziejstwa przewód pokarmowy niemowlęcia przeklina, płacze i zdziera z siebie błonę śluzową. Rozszerzanie diety dziecka, które nie jest jeszcze na to gotowe – zarówno pod względem motoryki, jak i enzymów trawiennego, nie sprzyja jego prawidłowemu rozwojowi. Warto także pamiętać, że rozszerzanie diety bywa procesem powolnym. Nie wszystkie 6-miesięczne dzieci są na to przygotowane, niektóre tę gotowość uzyskują znacznie później. Do końca pierwszego roku życia mleko jest podstawowym składnikiem diety niemowlęcia. Jeśli spożywa ono jedynie homeopatyczne ilość pokarmów stałych, ale prawidłowo przybiera na masie ciała, rozwija się bez zastrzeżeń i wykazuje zainteresowanie nowymi produktami, to jest to norma i nie wymaga żadnej interwencji.

Szybka redukcja karmień piersią
Po 6. miesiącu życia większość dzieci zainteresuje się nowymi smakami i konsystencjami. Część z nich bardzo chętnie wpałaszuje wszystko to, co mu się podsunie. Znów jednak przypomnę, że pierwszym roku życia to mleko jest podstawą wyżywienia i nie należy zbyt szybko zastępować mlecznych posiłków pokarmami stałymi. Na samym początku rozszerzania diety zaleca się uprzednie podanie piersi a następnie nowego produktu. Przy zbyt agresywnym rozszerzaniu diety niemowlę  może nawet zupełnie zrezygnować z karmienia piersią, a przecież nie to jest celem matki karmiącej.

Długość karmienia piersią zależy od chęci, możliwości i motywacji mamy. Laktacyjny sukces wymaga także wsparcia otoczenia, ale to mama ma największy wpływ na rozwój swojego dziecka. W razie jakichkolwiek wątpliwości, pokus by przerwać mleczną drogę, powinna zasięgnąć opinii i pomocy Certyfikowanego Doradcy Laktacyjnego. Jestem pewna, że po takiej konsultacji większość problemów zniknie, a możliwość karmienia piersią da ogromną przyjemność i satysfakcje, ale przede wszystkim da to, co najlepsze dla dziecka.

Wszystkim Mamom i Dzieciom życzę długiej, usłanej różami Drogi Mlecznej!

Źródła:
1. Complementary Feeding: A Commentary by the ESPGHAN Committee on Nutrition, Journal of Pediatric Gastroenterology & Nutrition: January 2008 – Volume 46 – Issue 1 – p 99–110
2. Eidelman AL, Schanler RJ et al. AAP, Section on Breastfeeding. Breastfeeding and the use of human milk. Pediatrics 2012 Mar;129(3):e827-41

LAKTACJA FOR DUMMIES, CZYLI CO KAŻDY MĘŻCZYZNA POWINIEN WIEDZIEĆ O OKRESIE KARMIENIA PIERSIĄ

laktacja for dummiesDla większości biologia z informatyką ma tyle wspólnego co pediatra z podologiem. Ja dostrzegam jednak ogrom analogii w mechanizmach biologicznych z algorytmami informatycznymi. Spójrzmy na nasze biologicznie uwarunkowane, zależne od płci predyspozycje przez pryzmat technologii.

Kobieta ma znacznie pojemniejszy twardy dysk, o wiele więcej pamięci operacyjnej, szybszy procesor, więcej różnorakich wejść, zazwyczaj ma także lepszą kartę graficzną, czulszą kamerę no i oczywiście zdecydowanie bardziej rozbudowany mechanizm syntezy dźwięku. Niektóre jednak jej funkcje zaawansowane wymagają instalacji odpowiednich wtyczek. Za produkcję i dystrybucję tych wtyczek odpowiadają mężczyźni. Po ściągnięciu i przeniesieniu wtyczek do odpowiednich folderów wystarczy poczekać 9 miesięcy na pełną instalację i kobiecy Master Komputer Matka​ Karmiąca (MKMK) ​rusza pełną parą. Wówczas wtyczka ​​wymaga ​kilku ​aktualizacji i kolejnych wersji, ponieważ wersja beta została przerobiona na betahCG.
​​
1. Na początku konieczne będzie ograniczenie instalacji kolejnych Twoich wtyczek. Te, które właśnie zostały zainstalowane jeszcze długo będą w pełni kompatybilne z systemem operacyjnym Master Komputer Matka Karmiąca, a co więcej – będą wymagały intensywnego współdzielenia zasobów. Twardy dysk i pamięć operacyjna Twojej partnerki są teraz zajęte w całości. Również Jej procesor pracuje pełną parą wykorzystując w stu procentach wszystkie rdzenie i potoki. Pamiętaj, że niektórych przycisków lepiej teraz nie dotykać, a do niektórych folderów nie wchodzić, bo grozi to zawieszeniem systemu. Być może touch pad też chwilowo nie będzie działał. Szczęśliwie za jakiś czas to się zmieni.

10.  Bądź jak power bank, zewnętrzny dysk USB lub nawet podkładka pod mysz. Choć trudno Ci w to uwierzyć, to Twój potomek zużywa całą energię Master Komputer Matka Karmiąca, oprogramowanie RzekaMleka nie oszczędza procesora. Podziel się swoimi zasobami, podejdź blisko i bądź jak podczerwień, czasami po prostu bądź.

11. Bądź jak Firewall. Jeśli ktoś usiłuje zdetronizować wartość oprogramowania RzekaMleka, usuń lub, jeśli jesteś łagodny w obyciu, zablokuj. Gdy jakiś wstrętny Trojan rozpowszechniający się za pomocą Facebooka lub innych mediów zachęca by zmieniła mleczne oprogramowanie na MieszankęMlekoTandeta, postaw zaporę. Laktacyjnemu oprogramowaniu nigdy nie wygasa licencja, nie traci ono ważności i wartości zarówno po 6 miesiącach jak i po roku.

100. Master Komputer Matka Karmiąca ma najlepszą kartę graficzną, lecz teraz nie wykorzystuje całego jej potencjału. Pamiętaj jednak, że jest to tylko etap przejściowy i pełna rozdzielczość, paleta barw, wygładzanie krawędzi i mechanizm generowania tekstur niebawem wróci.

101. Bądź stale online i nawet nie próbuj przechodzić w tryb hibernacji. Nie możesz także włączyć trybu oszczędzania baterii i wygaszacza ekranu. Master Komputer Matka Karmiąca musi być z Tobą w stałym kontakcie. Bądź jak router Wi-Fi. Zawsze trzymaj zasięg, nawet gdy nieco zwiększasz odległości od nadajnika wi-fi nie trać sieci. Bądź na bieżąco i stale przetwarzaj informacje, które otrzymujesz. Choć lubujesz się w systemie binarnym i optymalizacji, tym razem musisz rozszerzyć swoje możliwości przyjmowania i przetwarzania danych i być gotowym na ich redundancję i być może błędne pakiety – pamiętaj wtedy o kontroli parzystości i jeśli trzeba, ponawiaj transmisję.

110. Najważniejsze… Drogi Mężczyzno Karmiący, pod żadnym pozorem nie debuguj się!

Tekst przeszedł tuning w pracowni komputerowej Andy’ego Rolana w ANTYWIRUS.PL.

antywirus

NOWA ERA, MÓJ MĄŻ Z TINDERA

Jeśli ktoś z Was szukał kiedyś igły w stogu siana, to zapewne zrozumie jakże to tytaniczna praca musi być wykonana by znaleźć życiowego partnera poprzez Internet. Czego jednak się nie robi by zdobyć złote runo. O internetowych znajomościach krążą niezliczone mity. Niestety większości z nich bliżej jest do prawdy niż do literackiej fikcji. Mi natomiast, po kilku paskudnych puszkach Pandory, się poszczęściło.

Jak znaleźć męża w Internecie?
Przede wszystkim musisz sobie odpowiedzieć na pytanie czy jesteś w stanie ponosić druzgocące klęski, ponieważ właśnie tak, zgodnie z wszelką statystyką, kończy się większość internetowych znajomości. Następnie trzeba zrobić przegląd dostępnych portali lub aplikacji. Najlepiej wybrać kilka i przygotować solidny profil. Aby sytuacja była klarowna najlepiej od razu określić swoje oczekiwania, w tym plany małżeńskie, seksualne, zawodowe. Warto jednak pamiętać, że choć samemu jest się prostolinijnym, większość osób w internecie kłamie, szczególnie w kwestii zamiarów matrymonialnych. Podkreślę, że zazwyczaj kłamią mężczyźni.

Odkryj nagą prawdę?
W internecie nie ma miejsc na kokieterię. Już na samym początku trzeba zadać kilka kluczowych pytań i oczekiwać jasnej odpowiedzi. Zanim znalazłam męża, natknęłam się na wielu nieodpowiednich osobników. Byli tacy, którzy swoją bezczelnością, wybitnie wyróżniali się na tle całej samczej grupy. Niektórzy zapominali napomknąć o żonie, inni o dzieciach, a byli i tacy, co w tajemniczych okolicznościach zapominali wspomnieć o jednym i o drugim (tych pozdrawiam szczególnie). Inni zwyczajnie nie byli kompatybilni z moimi oczekiwaniami intelektualnymi; natura poskąpiła im szarych komórek albo spożywali za mało wielonienasyconych kwasów tłuszczowych.

Gdy po kolejnym nieudanym spotkaniu wróciłam do czarnej, krótkowłosej, z tęsknoty lejącej na dywany, zawsze mnie rozumiejącej Kici, stwierdziłam, że czas spojrzeć prawdzie w oczy – nie pozostało mi już nic innego niż otaczanie się liniejącymi sierściuchami lub udanie się z misją medyczną do Indii (część z Was wie, że wcale nie o misję, i nie o medyczną chodziło).

Jak poznałam Męża?
Pewna dobra dusza podsunęła mi aplikację, która robi furorę za oceanem. Aplikacja wydaje się być prosta jak budowa cepa, a jedyna aktywność, której wymaga to przesuwanie opuszkiem palca po ekranie w prawo (LIKE) lub w lewo (NOPE). Świetna zabawa, łatwiejsze niż Tetris, Pasjans czy gra w kapsle. Aplikacja ta ma jednak kiepską renomę i służy zazwyczaj do spotkań dla pszczółek. Znów muszę pochwalić czuwającą nade mną opatrzność – MI SIĘ POSZCZĘŚCIŁO. Jedyną osobą, z którą się spotkałam poprzez trywialną weryfikację “HOT OR NOT” był mój Mąż. Faktem jednak jest, że zanim mieliśmy okazję porozmawiać w realu, toczyliśmy długie dysputy via net. Po 4 dniach wirtualnych schadzek, udało nam się wybrać na 15 kilometrowy spacer. To nic, że się spóźniłam i nie uprzedziłam o tym, że padał deszcz, a Wisła cuchnęła jak ścieki… Przeszliśmy do kolejnego rozdziału naszej wspólnej powieści. A to, co działo się później, choć szybkie, nieoczekiwane i nierozsądne, wymknęło się nieco spod zalecanej w poradnikach kontroli. 4 miesiące później spacerowaliśmy się w rytmie marsza weselnego, a w dźwiękach Ave Maria wypowiedzieliśmy sobie wzajemne “I like”.

Tym sposobem zostałam wymaŻONĄ, czasami zakataŻONĄ, sporadycznie  obraŻONĄ i wkuŻONĄ, ŻONĄ.

PS Ciąg dalszy nastąpił w marcu 2016… i nazywa się ZOFKA.

ZESTAW MAŁEGO CHEMIKA DLA TWOJEGO DZIECKA. CAŁA PRAWDA O GOTOWYCH SYROPACH NA PRZEZIĘBIENIE.

mały chemikCo sprawia, że substancja, którą podajemy w celach terapeutycznych jest lekiem? Jakie powinna mieć właściwości i co czyni ją godną aptecznych kredensów?

Lek, wyrób medyczny i suplement diety powinny mieć dwie bardzo ważne cechy. Pierwszą z nich jest skuteczność, a drugą bezpieczeństwo. Ranga obydwu z nich zmienia się wraz z ciężkością i zaawansowaniem choroby.

Szczególne znaczenie obydwu tych wartości dostrzegam w preparatach podawanych dzieciom.

Czasami zdarza mi się zerknąć w ekran telewizora. Wówczas stwierdzam, że albo mam ogromne zmiany malacyjne w mózgu i wyparował mi spory fragment ciężko zdobywanej wiedzy albo reklamodawcy się bardzo zagalopowali. Okazuje się jednak, że ubytków w OUN jeszcze nie mam. Żaden, dosłownie ŻADEN z reklamowanych syropów na kaszel, katar czy przeziębienie nie ma potwierdzonego dowodami naukowymi działania. Za dowody naukowe uznaję badania kliniczne skontrowane zgodnie z zasadami Evidence Based Medicine (EBM). Za badanie naukowe nie uznaję widzimisię pani Goździkowej i jej sklepowo-bazarowej spółki, która za chwilę wykrzyczy, że skoro coś nie szkodzi, to można podać… Bezczelnie tupnę nogą i, siejąc na jałowym gruncie wątpliwości, zapytam: czy na pewno nie szkodzi?

Kolorowe, słodkie, i pstrokato zabarwione syropy z kilkumiesięcznym terminem przydatności obficie zapełniają apteczne witryny. Równie chętnie goszczą w domowych apteczkach. Śmiem jednak twierdzić, że w przeważającej większości są zupełnie zbędne.

Równie dobrze, a raczej równie niedobrze, można nabyć zestaw małego chemika.

Zrobiłam przegląd kilku popularnych syropów na schorzenie potocznie nazywane „przeziębienie” (w istocie jest to infekcja górnych dróg oddechowych, w zdecydowanej większości wywołana przez wirusy). Celowo wybrałam syropy reklamowane jako ziołowe / homeopatyczne („zdrowe”), tworzone w zgodzie z naturą, eko, bio i pstro. Nie opowiem o ich substancjach czynnym, bo jeśli takową zawierają, to żadna z nich nie ma udowodnionego działania. Przyjrzałam się natomiast substancjom dodatkowym, które w owych specyfikach możemy znaleźć, a które w przygnębiająco szarym świetle stawiają drogocenne ziołowe składniki preparatu. Do mojej głowy zapukał szanowny pan Mendelejew oraz cała zgraja związków organicznych i nieorganicznych. Chcąc uchronić się przed złością Pani Goździkowej i jej spółki nie przytoczę nazw handlowych, ale naświetlę chemicznych winowajców moich rozterek.

Mały chemik 

Zupełnie nie zdziwiło mnie to, że wszystkie zebrane przeze mnie syropy zawierały przynajmniej jedną szkodliwą substancję, a większość zawierała ich kilka. Pomijam fakt, że niemal każdy dosładzany był syropem glukozowo-fruktozowym, cukrem, fruktozą lub substancją słodzącą (sorbitol wysuwa się na prowadzenie) oraz aromatyzowany sztucznym aromatem (zazwyczaj pomarańczowy lub truskawkowy). Nie mogę jednak przymknąć oka na zawarty w niektórych, dedykowanych dzieciom syropach, etanol. Ten, choć ceniony i uwielbiany przez rzeszę dorosłych, nawet w niewielkiej ilości jest toksyczny dla układu nerwowego malucha. Nie mogę także przemilczeć substancji konserwujących, ponieważ to one powtarzają się w każdym preparacie i to one mogą, choć oczywiście nie muszą, wyrządzić najwięcej szkody. Najczęściej są to słynące z właściwości drażniących i alergizujących sorbinian potasu oraz benzoesan sodu. No zwyczajnie… nie mogę.

Niestety żaden z reklamowanych w mediach preparatów nie zdobył mojego pediatrycznego serca i mamowego uznania. Żaden nie jest na tyle skuteczny, by zbagatelizować dodatkowe, zbędne substancje w nim zawarte. Nie chcę być jednak tak restrykcyjna i despotyczna. Niewielka ilość wymienionych przeze mnie związków chemicznych u większości pacjentów nie pozostawi rysy na zdrowiu, natomiast nigdy nie wiemy, u którego z nich pojawi się reakcja nadwrażliwości. Mój ścisły umysł podpowiada mi logicznie uzasadnione zdanie warunkowe. Skoro nie działa, a może szkodzić, to nie ma wskazań by taki preparat spożywać. Nawet jeśli zdrowa jak ryba pani domu z TV stosuje go u wszystkich swoich dzieci, nawet jeśli pan z TV, deklarujący iż jest cenionym w okolicy lekarzem, przepisuje go wszystkim swoim pacjentom i nawet jeśli farmaceutka z długoletnim stażem zaleca go w telewizyjnym, aptecznym okienku.

Dlaczego czasami rodzice domagają się tych nieskutecznych syropów?
 Odpowiedź wydaje się być prostą. Forsowane w mediach nieprawdziwe lub półprawdziwe stwierdzenia o ich zbawiennym działaniu spełniają swoją marketingową funkcję, którą jest generowanie sprzedaży.
Dlaczego czasami lekarze przepisują te nieskuteczne syropy?
 Czy robią to dla świętego spokoju? Czy pacjent, który nie otrzyma w zaleceniach długiej listy preparatów jest nieusatysfakcjonowany wizytą i czuje, że lekarz zbagatelizował uporczywe infekcyjne objawy u dziecka?

Co zatem bezpiecznie i bez recepty można podać dziecku, które zmaga się z kaszlem, katarem w przebiegu infekcji dróg oddechowych, popularnie zwanej przeziębieniem?

Jestem wielką fanką inhalacji z soli fizjologicznej, ewentualnie hipertonicznego roztworu chlorku sodu (3% NaCl). Jestem także zwolenniczką szeroko pojętej toalety nosa, o której wspominałam tutaj. Jestem także miłośniczką pewnego śmierdzącego swojskim aromatem syropu, który każdy może wykonać w domowym zaciszu. Choć zawiera on węglowodany proste, to jeden z jego pieczołowicie wyprodukowanych przez pszczoły składników ma udowodnione działanie przeciwkaszlowe. Najważniejsze jest jednak to, że nie zawiera tylu zbędnych związków chemicznych. Dodam jeszcze, że jest smaczny, choć na to również nie znalazłam wiarygodnych dowodów naukowych. Z powodzeniem można go stosować u wszystkich tych, którzy dobrze tolerują poszczególne jego składowe.

SYROP ŚMIERDZIUSZEK NA INFEKCJĘ DRÓG ODDECHOWYCH
Składniki:
– dwa ząbki czosnku,
– 6cm świeżego korzenia imbiru,
– pół cebuli,
– cytryna,
– 6 łyżek miodu.

Przygotowanie
Wszystkie składniki (może poza miodem…) należy pokroić w plasterki. Cytrynę należy dokładnie umyć, wyszorować, wyparzyć. Miód, jeśli jest gęsty, należy rozpuścić ciepłej (nie gorącej) kąpieli wodnej. W słoiku układamy poszczególne warstwy przekładając je miodem. Odstawiamy na kilka godzin w chłodne i ciemne miejsce, a następnie delektujemy się wybornie intensywnym smakiem mikstury.
Na zdrowie! 


Mądre źródła:

Effect of Honey on Nocturnal Cough and Sleep Quality: A Double-blind, Randomized, Placebo-Controlled Study

Rekomendacje postępowania w pozaszpitalnych zakażeniach dróg oddechowych

CZEGO LEKARZ, A ZWŁASZCZA PEDIATRA, NIE POWINIEN POWIEDZIEĆ O KARMIENIU PIERSIĄ?

MIlkBARŚmiem twierdzić, że wszyscy wiedzą jakie profity dla dziecka i matki niesie karmienie piersią. Grupą, która w tej kwestii wydaje się być najlepiej zorientowaną, są medycy. Owszem – WYDAJE SIĘ. Problem w tym, że jeśli świadomość mają, to prawidłowo jej nie wykorzystują. Dawka laktacyjnej wiedzy w trakcie studiów medycznych jest zbliżona do homeopatycznej. Podobne ilości przekazywane są w trakcie dalszych lat kształcenia. Szczęśliwie wiedza ta nie jest tajemną, można ją zdobyć, trzeba jednak chcieć przedrzeć się przez gąszcz przeszkód, zarówno finansowych, jak i mentalnych. ​

Uczestnicząc w grupach wspierających karmienie piersią można mieć wrażenie, że w większości gabinetów lekarskich trudno uzyskać rzetelną poradę laktacyjną. Moją pediatryczną duszę i serce zalewa wówczas potok krwi i złości. ​Bardzo nie lubię uogólniać, denerwuję się, gdy na wszystkich lekarzy wiesza się psy, koty i inne domowe zwierzęta. Wierzę, że antylaktacyjne wskazówki to jednak kazuistyka polskiej neonatologii i pediatrii.

Czego nie powinnaś usłyszeć w gabinecie pediatrycznym?

“Ma Pani za mało mleka”. To niestety jeden z większych grzechów, który można popełnić w trakcie rozmowy z młodą mamą na starcie jej mlecznego maratonu. Jeden z większych, ale i jedne z częstszych. Otóż, Droga Mamo Karmiąca, mleka masz zawsze pod dostatkiem, nigdy nie masz go za mało, zawsze masz go wystarczająco by wykarmić swoje (przynajmniej jedno) dziecko. Jeśli usłyszysz, że Twój potomek płacze bo go głodzisz, to zupełnie w to nie wierz, nie słuchaj, zignoruj, lub zrób cokolwiek by te słowa nie brzmiały w Twoich myślach. Jeśli Twoje dziecko przybiera na masie ciała i moczy pieluchy (kilka w ciągu dnia), to z pewnością jego płacz nie jest spowodowany głodem.

Poza skomplikowaną gospodarką hormonalną, która w dużej mierze rozgrywa się mózgu kobiety karmiącej, za tworzenie mleka odpowiada właśnie… głowa. Choć afirmacja zazwyczaj mnie śmieszy, to w tym przypadku działa mleczne cuda i stymuluje do produkcji pokarmu. Mleko jest rzeczownikiem niepoliczalnym, więc nie daj się namówić na mierzenie swojej mlecznej wydajności laktatorem. Nawet ten w najbardziej wypasionej (w tym przypadku całkiem adekwatne słowo) wersji nie zastąpi mechanizmu ssania dziecka, którego efektywności nie da się podrobić.

“Dziecko płacze/ rzuca się/ krzyczy/ wierci/ odrywa, bo się nie najada”. Okresy niepokoju podczas karmienia są zazwyczaj związane z tak zwanymi skokami rozwojowymi. Pomijając fakt, iż ów termin jest dla mnie idealnym wytłumaczeniem wszelkich macierzyńskich trudności (począwszy od marudzenia, po problemy z zasypianiem oraz po niepokój podczas karmienia), to doskonale koi on także nerwy innych mam, których dzieci zaczęły być trudniejsze w przystawieniu do piersi. Niektórzy mylnie nazywają te okresy kryzysem laktacyjnym, który tak naprawdę nigdy nie występuje.

“Ma pani chude/ tłuste mleko”. To niestety kolejny paskudny mit. Twoje Mleko jest idealnie dostosowane do potrzeb dziecka. Zupełnie inaczej niż każde inne mleko, które możesz podać dziecku. Nie oznacza to, że mleka modyfikowne są niedostosowane dla niemowląt, ale faktem jest, że nie są one idealne. Jeśli usłyszysz, że masz wodę lub śmietanę zamiast mleka, nie słuchaj, zignoruj i pod żadnym pozorem tego nie zapamiętuj…. a jeśli chcesz zobaczyć któryś z powyższych produktów, zajrzyj do lodówki.

małpa kp“Dieta Kobiety Karmiącej”. Otóż taka dieta NIE ISTNIEJE. Możesz jeść wszystko. Wypada jednak zachować odrobinę umiaru, by niepożądanie nie zwiększyć swoich gabarytów. Mleko tworzone jest z krwi, która krążąc w naczyniach krwionośnych, odwiedza każdy narząd, w tym gruczoły piersiowe. Jeśli wypijesz napój gazowany albo zjesz soczystego steka i wpałaszujesz pyszną zupę ogórkową/ cebulową/ serową lub dowolnie inną, Twoje dziecko nie dostanie tego na swoim mlecznym talerzu… Nie katuj się ubogą w produkty, a bogatą w wyrzuty sumienia dietą. Jedz tak, by czuć się sytą i szczęśliwą. A jeśli po którymś łakociu zauważysz zmianę zachowania dziecka, podejmij jeszcze kilka prób i oceń czy faktycznie powinnaś to wyeliminować ze swojego menu. Nie dotyczy to oczywiście dzieci ze zdiagnozowaną alergią pokarmową, w tym najczęstszą – alergią na białko mleka krowiego.

“Dziecko ma 2 /3 /4  miesiące… musi Pani rozszerzyć dietę, bo…”. Tu pojawia się pełen wachlarz śmiesznych argumentów. Liderem jest brak przyrostu masy ciała malucha. Warto wówczas pamiętać, że 100ml mleka ma znacznie wyższą kaloryczność niż tak chętnie wciskana dzieciom marchewka czy ziemniak w podobnej ilości. Kolejnym, mało wiarygodnym argumentem zachęcającym do wcześniejszego rozszerzania diety, jest potencjalna niedokrwistość. Otóż te same wspomniane wcześniej warzywa nie wpłyną na zwiększenie ilości żelaza w diecie malucha. Jeśli Twoje dziecko faktycznie ma niedokrwistość lub jest w grupie ryzyka jej wystąpienia (niska masa urodzeniowa, niedokrwistość w ciąży, ciąża mnoga, wcześniactwo) to, po konsultacji z lekarzem (pytanie wówczas KTÓRYM) należy dziecku podać preparat żelaza, ale do ukończenia 6. miesiąca życia nadal możesz karmić wyłącznie piersią.

“Dziecko nie przesypia nocy, bo jest karmione piersią”. Konia z rzędem temu, kto zagwarantuje, że odstawienie dziecka od piersi i włącznie mleka modyfikowanego zapewni kilku- albo nawet kilkunastogodzinny sen dziecka. Jeśli chcesz się w nocy wyspać, to weź dziecko do swojego łóżka albo poczekaj kilka lat. Możesz również zaakceptować to, że Twoje dziecko chce nocą pociumkać i się poprzytulać. Jedno jest pewne – każde dziecko kiedyś zacznie przesypiać noce.

Podobnych mitycznych fraz jest niestety o wiele więcej. Wszystkie mijają się z prawdą i niszczą wiarę w możliwości laktacyjne mamy karmiącej. O ile zasłyszane od sąsiadki, znajomej, Goździkowej czy Kowalskiego łatwo są ignorowane, to wypowiedziane w gabinecie lekarskim mogą skutecznie zakończyć niejedną mleczną przygodę. Mam nadzieję, że z każdym rokiem, z każdym nakarmionym piersią dzieckiem, tych dyrdymałów będzie coraz mniej.

Jeśli jednak masz jakiekolwiek wątpliwości i nosisz się z zamiarem zakończenia karmienia piersią, to zanim podejmiesz tą nieodwracalną decyzję, skonsultuj się z certyfikowanym doradcą laktacyjnym. Pełną ich listę znajdziesz tu: Certyfikowani Doradcy Laktacyjni w Polsce.

Pamiętaj także, że powinna to być tylko Twoja decyzja.

W powyższym tekście używałam dwóch słów, które w medycynie występują bardzo rzadko. Kobieta, która chce karmić piersią swoje zdrowe* dziecko ZAWSZE jest w stanie to zrobić i NIGDY nie ma nieodpowiedniego pokarmu.

Co daje mi prawo by pluć do własnego gniazda? Otóż to, iż sama byłam odbiorcą powyższych teksów i niejednokrotnie musiałam zmierzyć się z ich mitycznym echem. Wszystko po to, by nasza domowa mleczarnia wciąż działała na pełnych obrotach.

* Aktualnie istnieje tylko kilka bezwzględnych przeciwwskazań ze strony dziecka do karmienia pokarmem matki (galaktozemia, wrodzona nietolerancja laktozy – schorzenie bardzo rzadkie).

Wymagające dziecko czy po prostu niemowlę?

Jestem stałą bywalczynią kilku grup na fejsbuku, z jednymi sympatyzuję bardziej, a z innymi jest mi nieco mniej po drodze. Czasami nawet udzielam się w dyskusjach, natomiast czasami nic nie piszę, choć powinnam. Bywa też tak, że napiszę to, co myślę. Tak też na jednej z grup zrobiłam dzisiaj.

Continue reading Wymagające dziecko czy po prostu niemowlę?

PIĄTE KOŁO U WÓZKA

2016-11-13_11.56.12Wydaje się, że wózek to „must have” każdej spodziewającej się rodziny. Nikt , absolutnie nikt, nie wyobraża sobie, by nie dokonać tego zakupu, nie stawać przed wyborem rodzaju kółek, wielkości gondoli, zawieszenia, koloru… My myśleliśmy tak samo. Przecież dziecko bez wózka to jak herbata bez kubka. Tym oto sposobem wózek pojawił się w naszym gronie jeszcze zanim Hrabina Zofia_Wózek_Parzy_w_Dupkę przekonała nas, jak bardzo się myliliśmy.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy każdorazowe wsadzenie Zofii  do wózka kończyło się dantejskimi scenami. Jak bardzo rzedły nam miny, gdy przy każdym kolejnym razie Zofia coraz szybciej okazywała swoje niezadowolenie. Jak bardzo rwaliśmy sobie włosy z głowy, gdy każda próba wyjścia z domu z Zofią w wózku kończyła się tuż za progiem. Jak bardzo zastanawialiśmy się, dlaczego nasze dziecko nie chce zachowywać się tak, jak sobie tego życzyliśmy my i nasze otoczenie.

Czy można przekonać dziecko do wózka?
Cyklicznie podejmowaliśmy próby aklimatyzacji Zofii w wózku. Tak samo regularnie dostawaliśmy od Zofii za te bezczelne eksperymenty czerwone kartki (uzbierał się ich piękny, komunistyczny, czerwony stosik). Kilkadziesiąt minut biegu z wózkiem po okolicznej szutrówce, w 30-stopniowym upale, w kłębach kurzu, w tabunie zacierających swoje wygłodniałe ssawki gzach. Poobcierane stopy, wylane litry potu, poparzenia słoneczne… tylko po to by uświadczyć 15-minutowego wózkowego snu BOBASA. Każda zmiana rytmu prowadzenia wózka, każdy większy kamień, każdy szczekający pies, każdy przejeżdżający samochód powodował spektakularną pobudkę, wielką rozpacz i łzy jak ziarna grochu u BOBASA. Każdy napotkany życzliwy człowiek zapuszczający żurawia do czeluści wózka i pytający dyskretnie czy BOBAS śpi otrzymywał bazyliszkowego wzrokowego kuksańca i lądował na naszej czarnej liście znienawidzonych istot uprzykrzających rodzicielskie życie. Spacer w wózku, kilometrowe dystanse w relaksującym rytmie pochrapywania śpiącego BOBASA. Nuda, marazm, „w pustyni i w puszczy” i więdnące pośladki jednocześnie.

Dobre rady (prawie jak dobra zmiana…)
Szczęśliwie żadne z nas ich nie słuchało. „Niech trochę popłacze, to przestanie i uśnie”, „przecież się przyzwyczai”, „musi przecież leżeć w wózku”, „nauczyliście, to macie”, „rozpuściliście, to macie”, „nosiliście, to macie”. No właśnie. Mamy. Mamy Zofię, która także tych rad i przytyków nie słuchała.
Najlepszą radą okazało się odstawienie wózka i znalezienie mu innych funkcji. Wszak każdy nieużytek da się jakoś rekultywować.

Do czego może przydać się wózek?
2016-11-13_12.19.35Okazało się, że wózek może być przygarnięty przez Kotełę. Kotka Matylda ma tam swój azyl, ma swoje legowisko. Wiem, że chciałaby tam mieć swoje lęgowisko, lecz niestety w tym wcieleniu nigdy tego nie doświadczy. Wraz z niewdzięczną Matyldą składamy serdeczne podziękowania sprawnym, chirurgicznych dłoniom weterynarza, który z uczynił Matyldę bezpłodną. Wózek to także świetna podręczna, przesuwalna szafa_weź_połóż_gdzieś_tą_kurtkę. Wózek może być także pakownym koszem zakupowym i spychaczem_uderz_barana_w_stopę w zatłoczonym sklepie. Jedno jest pewne: w naszym przypadku wózek nie spełnia dedykowanej mu funkcji. Zofia nie wie, albo wie aż nazbyt dobrze, do czego służy wózek i konsekwentnie unika z nim kontaktu.

Czy można (prze)żyć bez wózka?
Absolutnie nie. Bo to atrybut niemowlęctwa, bo to zakup obowiązkowy, bo to dziwactwo go nie używać.
Absolutnie tak. Bo wózek to tak naprawdę wymysł cywilizacji. To wynalazek współczesności czyniącej z niemowlęcia osobny byt, którym ono jeszcze długo nie będzie. Do około 8. miesiąca życia dziecko w swojej mentalności jest połączone z matką i żaden nowoczesny gadżet tego nie zmieni.

Czy jest jakaś alternatywa?
Oczywiście, że jest. Zofia bardzo sprawnie ją sobie upatrzyła. Najlepszym rozwiązaniem, by wózek przestał spędzać dziecku i rodzicom sen z powiek, okazała się Chusta, a nawet wiele Chust. O zaletach chustonoszenia można książki, wiersze, a nawet epopeje pisać. Powiem krótko, zupełnie tak, jak krótko Zofia leżała w wózku:
Chusta= Bliskość.
Chusta= Ukojenie.
Chusta= Spokój.
Chusta= Mam(a) Cię.

Nie martw się, nie frustruj, nie krzycz i nie obrażaj. Jeśli Twoje dziecko lubi wózek to prawdopodobnie także wszystko z nim w porządku, jest zdrowie i będzie normalne, ale jeśli chcesz się upewnić, zasięgnij opinii pediatry i przeczytaj tekst od początku ;-).

ZOFIA I KOLKA NIEMOWLĘCA

P_20160518_112813_BFKilka miesięcy temu zakasałam rękawy i z milionem myśli podjęłam pediatryczne wyzwanie otagowane imieniem Zośka. Pobierane przez lata medyczne nauki wreszcie mogły przydać się w codziennej, domowej, pediatrycznej praktyce. Gdy tylko Zofia zakończyła tygodniową wersję demo, okazało się, że jej wersja rozszerzona obejmuje wszystkie możliwe fizjologiczne dolegliwości niemowlęce. Najbardziej rozwinięty okazał się moduł kolki niemowlęcej. Szybko przeistoczył się on w Kolkowego Potwora. Dotychczas byłam przekonana, że te książkowe 100 kolkowych dni to wyolbrzymiona fanaberia i podręcznikowa gadanina. Zofia pokazała mi jak bardzo się myliłam. Okazało się, że niemowlę może płakać, wyć, drzeć się, ryczeć, beczeć, ronić łzy, krzyczeć i tylko ja wiem co jeszcze… całymi dniami, całymi tygodniami, całymi pięcioma miesiącami. Może to robić cały czas z krótkimi przerwami na drzemki.

Czy da się pokonać kolkę niemowlęcą?

Powołując się na swoją pediatryczną wiedzę, oczekując, że wreszcie dokonam przełomowego odkrycia i „uleczę” kolkę niemowlęcą, rozpoczęłam poszukiwania antidotum. Oczywistym jest, że wszystkie swoje pomysły realizowałam nogami, rękami, plecami oraz anielską cierpliwością Męża. W dzisiejszych czasach farmakopea jest bogatym zbiorem substancji, a niektóre zasłynęły w medycznym świecie z łagodzenia kolki niemowlęcej. Niestety żaden z zastosowanych u Zofii  specyfików nie ujarzmił jej niedojrzałego przewodu pokarmowego, a okiełznanie rozkrzyczanego układu nerwowego zdruzgotało jedynie wiarę w moją intuicję. W akcie desperacji, wiedząc, że zaczynam podejmować próby z placebo, sięgnęłam po homeopatię. Zupełnie nie zdziwiła mnie jej nieskuteczność.  Jednak nieśmiało liczyłam, iż staniemy się placebo responderami. Kolejną bronią miały okazać się zioła, ale one również przegrały nierówną walkę z Kolkowym Potworem. Pokornie podjęliśmy także próby niefarmakologicznych rytuałów. Wreszcie zepchnęłam z ucha słonia. Kołysanki, przyśpiewki, mruczanki, rymowanki i diabeł wie co jeszcze… jedynie pogłębiały frustrację –  tą moją i Zośki. Noszenie, lulanie, bujanie, skakanie, podrygiwanie… było rewelacyjną poporodową gimnastyką, ale na kolki zupełnie nie pomagało. Był też masaż, były ciepłe okłady, były kąpiele. Była też rurka, frywolnie nazwana kateterem rektalnym. Była też dieta – zupełnie bezsensowna, całkowicie nieskuteczna – dieta bezmleczna matki karmiącej.

Były łzy, była złość, była rozpacz i bezsilność. Wszystko to frustrowało tym bardziej, że przecież kolka niemowlęca jest fizjologią, jest klasycznym czynnościowym zaburzeniem przewodu pokarmowego. Choć dla pediatry to błahostka, to dla matki, to problem urastający do Kolkowego Potwora.

Okazało się, że jest jeden cudowny, skuteczny, niezastąpiony, darmowy i jak często pomijany w medycynie sposób na kolkę… Jest to nieubłaganie płynący, CZAS. To on właśnie sprawił, że po 5 miesiącach Kolkowy Potwór nas opuścił. Pozostawił wspomnienia, ale także bezcenną naukę pokory i cierpliwości wobec fizjologii i niedojrzałości małego człowieka.  

Continue reading ZOFIA I KOLKA NIEMOWLĘCA

ZŁOŚĆ ZOŚKA ZŁOŚKA

Weszłaś w kolejzloska1ny etap rozwoju, robisz to codziennie. Niektórzy nazywają to skokiem rozwojowym, inni określają ten czas tak zwyczajnie, pospolicie i banalnie: “gorszymi dniami”. Nauczyłaś się złościć, uczyłaś się tego przez kilka miesięcy. Poznajesz emocje, a my uczymy się ich z Tobą od nowa. Od nowa uczymy się z nimi radzić. Tłumaczymy Ci złośliwość rzeczy martwych. Wiemy, że chcesz zdjąć z podłogi rysę, zdrapać namalowane na pszczółce oczy lub podnieść rozlane krople wody. Choć niektórych rzeczy bardzo chcesz, to nie możesz ich mieć. Wiemy jak bardzo to frustruje, bulwersuje każdy neuron i mięsień Twojego ciała.

Złość nie jest zła, złość oczyszcza, regeneruje i mobilizuje. Złość jest dla nas sygnałem, że myślisz i szukasz rozwiązania, choć tak trudno Ci je znaleźć. Dostaniesz od nas wskazówki i podpowiedzi, a do rozwiązań dopełzasz, doraczkujesz lub dojdziesz samodzielnie. Z rozpierającą nas dumą na to popatrzymy.

Ja też się złoszczę. Złoszczę się, gdy ze złością sobie nie radzę, a radzić powinnam. Złoszczę się gdy nie wiem lub gdy wiem a nie umiem. Złoszczę się gdy chcę i nie chcę jednocześnie.

Gdy Ty się złościsz, ja jestem.

Wieczorem złość przeganiamy. Złość odchodzi i chowa się w mroku nocy. Bardzo lubię ten czas, Złośku.

 

MATKA NATURA

Szanowna Matko Naturo,

Masz bogaty dorobek twórczy. Większość realizacji wyszło Ci nieźle, ale TEGO chyba nie dopracowałaś. Nie postarałaś się podczas tworzenia okresu wczesnoniemowlęcego. Zdaje się, że w tym czasie łapałaś okoliczne pokemony lub motyle… śmiem twierdzić, że i to nie poszło Ci najlepiej.

matka naturaNo więc… Zośka, tata i ja mamy Ci za złe, że nie wymazałaś ze swojego planu kolek. Chyba nie pomyślałaś o tym by dopracować układ pokarmowy noworoda na tyle skrupulatnie, by przez kolejne 4-5 miesięcy życia maluch nie musiał drzeć się wniebogłosy i cierpieć katuszy z powodu dyschezji, regurgitacji czy refluksu. W ruch puściłaś wersję beta i nie wdrożyłaś aktualizacji (ZONK). Umknęły ci również korekta rytmu biologicznego i ustawienie faz snu w odpowiedniej kolejności. Zapomniałaś chyba, że czasami każdy chce się wyspać a fundowanie nam 30 minutowych drzemek dowodzi tylko, że lubisz pastwić się także nad Morfeuszem.

Jesteś chyba złośliwa. Mścisz się na zębie czasu obdarzając nas okresem ząbkowania.
To, co zaproponowałaś niemowlakom w jamie ustnej zakrawa o sadyzm.

Nie wiem skąd w Twoim biznes planie tak fatalna taktyka i logistyczny nietakt.

Matko Naturo! Kto Ciebie nazwał matką?

Matko Naturo! To My mamy moc Mamy :)!

MATKA LEKARKA ŚCIGA SIĘ Z MEDYCYNĄ

Dlaczego najpierw jestem mamą, a hen hen daleko za siedmioma górami, rzekami, lasami… lekarzem?

Zośka ma 7 miesięcy.
Moja medycyna ma już 13 lat!

Jeśli medycyna byłaby dzieckiem, umiałaby już zrobić sobie kanapkę lub kupić sałatkę (a co gorsze – wino) w Biedronce. 13 letnia Medycyna nie potrzebuje świeżej pieluchy. Nie musi ssać piersi by czuć się bezpiecznie, nie potrzebuje bujania i szeptania kołysanek. Medycyna już dawno nauczyła się mnie ignorować, robić mnie w balona i wyciskać ze mnie siódme poty.

zofia a medycynaZośka, póki co, umie w niewielkim stopniu zmienić swoją orientację wobec podłoża. Umie zakomunikować swoje potrzeby w jedyny słuszny i klarowny sposób, umie też wynagrodzić uśmiechem ich spełnienie. Umie się zapluć, lecz nie umie się wytrzeć. Umie chwycić mnie za serce, palec i okulary. Umie wyprowadzić na spacer i zachęcić (zmusić) do tańca.

Zośka jeszcze wielu rzeczy NIE umie.

Ja natomiast umiem wybrać. Zośka jest ważniejsza. Medycyna-świnia jest o nią zazdrosna.